NIE PO TO MAM ŻYCIE, ŻEBY JE ODWLEKAĆ W CZASIE

Mam w sobie zadatki na perfekcjonistkę. I to taką chorobliwą, że jak pościelone łóżko, to idealnie bez zagnieceń i niech mi ktoś tylko spróbuje ułożyć krzywo poduszki.

Że jak się do czegoś zabieram i wiem, że nie dam rady osiągnąć wymarzonego poziomu, to wolę w ogóle się tego nie podejmować. Przekreślony długopisem błąd w ulubionym notatniku? Nie w tym życiu. I można śmiać się, albo mnie żałować, ale trzeba przyznać jedno – na mojej obsesji zyskują przynajmniej inni kierowcy samochodów – bo jak parkuję swoje auto, poprawiam tak długo, aż będzie stało idealnie. Nie za blisko prawej i nie za daleko lewej linii.

Jestem mistrzynią przekładania projektów na dalej nie określoną przyszłość, bo wciąż wydaje mi się, że nie są dość doskonałe, albo że ja nie jestem na coś gotowa. Co oczywiście nie jest prawdą. Nie kojarzę ani jednej rzeczy w swoim życiu, wobec której zwlekanie opłaciło mi się jakoś specjalnie. Często jest wręcz na odwrót: im dłużej czekam ze zrobieniem czegoś, oczekiwania biorą górę i osiągnięcie jakiegoś celu finalnie w ogóle nie sprawia mi radości (a przecież tyle na to czekałam!). Tyczy się to np. wpisów na blogu – z notką o Wałbrzychu śladem Joanny Bator zwlekałam ponad rok – a potem okazało się, że czytelnicy nie są nawet specjalnie zainteresowani tym tematem i tekst nie został doceniony tak, jak w moim odczuciu być powinien.

Więc jeśli mogę poradzić Wam coś  w ten poniedziałek, czwartego marca, to tyle, że nie opłaca się zwlekać. Ani z wizytą u dentysty, ani z podjęciem ważnej decyzji. Ani z marzeniami. Ani z powiedzeniem nie, jeśli faktycznie jesteś na nie.

Odwlekać – to co najwyżej, jak pisał Różewicz – można swój koniec.

I tego się trzymajmy.